środa, 24 października 2012

Nela, nela...



Ostatnio stwierdziliśmy, że dobrze czujemy się w roli "ożywiaczy domów":). Pozorny pustostan kryje nieraz interesujące wnętrze. Szybkie ogarnięcie kurzu, zaświecenie świeczki, muzyka z radia i dom zaczyna oddychać. Zadomowiliśmy się w kolejnym opuszczonym domu. Tym razem generalny przegląd i czyszczenie rowerów, w między czasie kurowanie jednego ze Skorpionów.
W Akhaltsikhe spotkaliśmy wielu ludzi z plecorami, autostopowiczów. Z każdym rozmowa i powoli poruszaliśmy się w kierunku Tbilisi.

Uliczny serwis rowerowy. Uzupełnianie rezerwy sprzętu



Po dniach spędzonych w górach w ciszy i spokoju przeżyliśmy nagle szok, gdy wjechaliśmy na główną drogę w Khashuri. Pędzące samochody, szaleni kierowcy i ogłuszające trąbienie spowodowało, że przy pierwszej możliwości zjechaliśmy w Gori na boczną drogę. Udaliśmy się do Uplistsikhe, gdzie na wzgórzu znajduje się ogromny kompleks naturalnych jaskiń, w przeszłości będących antycznym miastem.









Kaplica


Teatr
Droga do Tbilisi dłużyła się nam za sprawą mocnego wiatru, do tego każdy z miejscowych podawał inną ilość km. Byliśmy głodni i zmarznięci, zatrzymaliśmy się w sklepie na 5 min., a uczta przygotowana przez gospodarza sklepu przedłużyła się do godziny. Nie zabrakło toastów za przyjaźń polsko-niemiecko-gruzińską i tylko rowery uratowały nas przed kolejnymi degustacjami.




Ale w końcu dotarliśmy do Tbilisi i naprawdę sobie odpoczęliśmy. Jak to mówią Gruzini "Nela, nela" - spokojnie, spokojnie... Przygotowana wcześniej lista rzeczy do zrobienia wprawdzie nie została całkowicie wykreślona, ale czujemy się prawie tak, jakbyśmy dopiero wyruszali z domu.





Matka Gruzja



Gospodarz Hostelu, w którym zregenerowaliśmy siły. Miejsce godne polecenia, a atmosfera domowa.
Zgaduj - Zgadula: Jak nazywa się Hostel, w którym spaliśmy w Tbilisi? Skojarzenie: mydło.

Turcja - informacje praktyczne


Waluta:Lira turecka (TL), 1 euro= 2,23 TL

Przykładowe ceny: benzyna 1l=2,64 TL, chleb- ok. 1 TL , keks - 1 TL, piwo (bardzo drogie...) min. 3,80 TL, chałwa 500 g- ok. 4,5-5,5 TL, makaron,ryż - 2-3TL, kawa - ok 2-3 TL, czekolada do chleba- ok.5-6 TL, jajko - 0,40 TL, autobus relacji Stanbuł-Trabzon 60TL (początkowa cena 70TL).

Wiza:można ja otrzymać na granicy bez wypełniania formularzy, koszt 15 euro.

Drogi: rewelacyjne - jechałyśmy głównymi drogami, szerokie pobocze. Przed Stanbułem pobocze zanikło i duży ruch samochodowy dał nam się we znaki - mega koncentracja. Wjazd do Stanbułu to prawdziwe szaleństwo, należy pewnie "wbijać" się w ruch i szybko podejmować decyzję.  Byłyśmy pod wrażeniem tuneli, każdy oświetlony i jednokierunkowy.  


Ludzie: otwarci, gościnni. Kultura picia herbaty jest wszechobecna:) Poranna herbatka na stacji benzynowej czy myjni samochodowej była wpisana w nasz rozkład dnia. Mieliśmy bardzo duże wsparcie rowerzystów. Przydatne okazały się kamizelki podarowane przez członka organizacji Bisikletliler - www.bisikletliler.org.

Miejsca, które widziałyśmy i możemy polecić

Stanbuł - pomimo swego ogromu spodobał nam się. Wiele ładnych meczetów, przenikające się z wielu stron głośne modlitwy, nawoływania ulicznych sprzedawców. Wieczorny klimat ulicy Istaklal z muzykantami, tancerzami i grupami śpiewających Turków zrobił na nas dobre wrażenie.

Grand Bazar
Granatowy soczek

Nowy Meczet

Agia Sophia

Niebieski Meczet. Ładne wnętrze, aczkolwiek duża ilość turystów przytłacza. Wstęp bezpłatny
Herbaciane poduchy. Okolice Rize
Noclegi:poza biwakowaniem na dziko (bezproblemowym) spaliśmy w hostelu w Stanbule. Miejsce możemy polecić jako tanie lokum. Warunki bardzo skromne, ale nam to zupełnie wystarczyło, a cena zadowoliła. Nie do końca wiemy jaki jest oficjalny cennik, gdyż mieliśmy rekomendacje od miejscowego Turka. W hostelu byli tylko miejscowi, a samo miejsce choć blisko Galata Tower jest dość ukryte. Otel Camli Palas, 85 Karakoy. Za pokój 3-osobowy zapłaciliśmy 50 TL.
W Turcji skorzystaliśmy z gościnności ludzi, którzy zaprosili nas pod swój dach. Brać rowerzystów przyjęła nas bardzo serdecznie. 



Kuchnia: niestety realia cenowe sprawiły, że nie stołowałyśmy się często w restauracjach. Codzienną przekąską były "Danki" - słodkie keksy;)

Herbata turecka. Ceremoniał, ludzie, rozmowy. Kawa również dobra, podawana w maleńkich filiżankach - niestety przyzwyczaiłyśmy się do naszych dużych kubków i zdarzało się, że z nimi wchodziłyśmy do kawiarni:)

Peynir Tatlisi. Owczy ser z lodami

Pyszne ośmiorniczki
Przepyszne galaretki figowe
Tania i smaczna kuchnia wskazana przez tureckich rowerzystów. Nie pamiętamy konkretnego adresu, ale jest to boczna ulica od Istiklal, zaraz przy dużym metalowym klubie muzycznym
Luźne myśli: Turcja to ogromny kraj i wyraźnie widać jego podział na część europejską i azjatycką. We wschodniej części Turcji obyczaj noszenia chusty przez kobiety jest powszechny, dlatego my również porzuciłyśmy nasze rowerowe wdzianko i starałyśmy się uszanować kulturę. 
Koegzystencja pasterzy na osiołkach z nowoczesnym obliczem Turcji tworzy unikatowy klimat. Co chwilę słychać nawoływania - zaproszenia na herbatę, a spotkanie "tylko 10 minutek" przeradza się w długą posiadówkę. Ludzie zostaną w naszej pamięci jako bardzo przyjaźni i otwarci.



poniedziałek, 15 października 2012

Jesień idzie, nie ma na to rady - GE


W Batumi zabawiliśmy dłuugo... W międzyczasie wróciliśmy do granicy tureckiej z powodów logistycznych- problemy z wypłaceniem kasy w bankomacie.  Steffan planował swoją podróż po Europie, dlatego teraz jakoś będziemy musieli ogarnąć kwestie organizacyjne, ale damy radę.

Małe zamieszanie na granicy- celnicy nie mogli zrozumieć tak szybkiego powrotu do Gruzji.
W Batumi znaleźliśmy świetną bezpieczną miejscówkę na plaży- pływanie i pyszna rybka tym razem zakupiona w sklepie. Miasto zrobiło na nas dobre wrażenie. Jeden wieczór spędziliśmy na bulwarze tańcząc, śpiewając i zachwycając się "tańczącymi" fontannami.   Byłyśmy w szoku, jak nagle usłyszałyśmy polską piosenkę "Batumi, ech Batumi" (http://www.youtube.com/watch?v=ugvqN-_IoI0) :). Biesiadując na bulwarach rozmawialiśmy z różnymi ludźmi a Ania miała największe wzięcie u rysowników:) Zobaczyliśmy tylko nowoczesną część miasta z imponującymi budynkami, świetną ścieżką rowerową nad morzem. 

No i jesteśmy w Gruzji...

Każdy śpi jak chce:)


Sałatka muszkieterska z sosem rybnym i pierwszy toast za Gruzję

Radisson Hotel 




Karykatura bez komentarza...
:)
I już mieliśmy ruszać w góry, a tu nad ranem sztorm i straszna ulewa. Gdyby nie ostrzegawczy wrzask robotnika, " Turyści, jedzie ogromna ciężarówka z kamieniami!" to pewnie czekalibyśmy na poprawę pogody. Szybko spakowaliśmy klamoty i zupełnie przemoczeni ruszyliśmy przed siebie z zamiarem przeczekania ulewy. Niebo jednak nie wróżyło zmiany i rozwiązanie nasuwało się jedno - znaleźć jakiś suchy kąt. Pod swój dach przyjął nas bardzo miły pan, przynosząc kolosalną ilość jedzenia. Nawet dla naszych żołądków był to szok:)

Miejscówka marzenie. Potrzebujemy coraz więcej miejsca

Chaczapuri
Chinkali              

Na szczęście rano wyszło słoneczko i mega wypoczęci ruszyliśmy w góry. Powoli do góry zanikał asfalt, po kilku dniach laby mięśnie trzeba było rozgrzać, ale cieszyliśmy się z jazdy i z widoków. Gruzja od pierwszych km. kojarzyć nam się będzie z beztrosko spacerującymi po drodze krowami.

Kamienny most, jaki jest każdy widzi :) było ich wiele.

Ukraińscy bracia rowerzyści  


No i cóż, jesień idzie nie ma na to rady. Obudziłyśmy się rano w pływającym namiocie (nie sprawdziliśmy należycie podłoża i woda weszła od dołu). Na szczęście mamy teraz zapas:) i jak śledzie przeczekiwaliśmy deszcz, a w międzyczasie ratowaliśmy drugi namiot i trwało to kolejną dobę. Siłą rzeczy weszliśmy w letarg senny. Wybudził nas z niego poznany dzień wcześniej Gruzin, pracujący na koparce. Po chwili popijaliśmy już czaczę w koparce, zagryzając chlebem:) Właściciel zostawił przy namiocie nam swój pojazd, tak na wszelki wypadek gdybyśmy już zupełnie zaczęli pływać. Obawialiśmy się kolejnego deszczowego dnia, ale nocne ugwieżdżone niebo dodało otuchy.  Poranna kawa na stojąco w promieniach słońca była rarytasem. Suszenie rzeczy, gonienie krów które pożerały nam nasze klamoty.

Prawie wszystko było mokre, ale humory dopisywały.

Duma nas rozpiera...

Miałyśmy ubaw po pachy, Steffan musiał wyciągać swój ręcznik prawie z żołądka krowy:)
 Wysuszeni i szczęśliwi ruszyliśmy do przodu. A oto fragment naszego pięcia się pod górę.

Na trasie spotkałyśmy dwie Polki (niestety zdjęcia nie wyszły:( które podzieliły się swoimi smakołykami. Pozdrawiamy:)

Droga niełatwa, ale widoki piękne. 
 
Noce coraz zimniejsze. Odkopujemy ciepłe ciuchy, ale w dzień słoneczko

Towarzyszą nam dzieci i nieustanne "Hello, How are you?"

Kierowcy proponowali nam podjazd, ale my woleliśmy powoli smakować przestrzeń

Pierwszy śnieg nas uradował:) bo daleko...

Ostatnie metry do przełęczy
Przełęcz Goderdzi zdobyta. 2025 m  n.p.m.

W napięciu czekaliśmy czy będzie się z czego śmiać

Opuszczona wioska na Przełęczy  Goderdzi.  Widać, że miejsce to wkrótce się zmieni, trwa budowa nowej infrastruktury zimowej
Powoli mamy rozdwojenie jaźni- w nocy było już  0 St. a w ciągu dnia 30 St.
Wieczorem nadszedł czas na specjał Steffana. Przyrządził pyszne placki z mąki wiezionej aż z Bułgarii:)



Naśmiewałyśmy się z kg mąki wiezionej z Bułgarii, ale placki były wyśmienite.

Ostatni nocleg przy rzece w górach odczuliśmy wszyscy. Coraz trudniej wykulać się rano z namiotów.

Pastuch z mniszką:)
P.S.1 Zgaduj - Zgadula: Podaj nazwę regionu, w jakim aktualnie jesteśmy? 

P.S. 2
Koniki dla Totuy od cioci Niani