czwartek, 27 grudnia 2012

Sherlock Holmes – w poszukiwaniu Liliputówi zamków na piasku


W Shiraz jak wspominaliśmy w poprzednim poście udało nam się przedłużyć wizy. Mieliśmy przed sobą perspektywę kolejnych dwóch tygodni . Wydawać by się mogło, że to długi okres czasu jednak czas i km są również relatywne i zależą od środka transportu. Przejażdżka nocnym autobusem to prawie 10-14 dni jazdy rowerem, a chcieliśmy zobaczyć jak najwięcej.
A więc kolejna nocka w autobusie i o 6.00 rano budzimy się w Kerman. Przywitała nas ładna pogoda, a deszcz na szczęście pozostał w Shiraz. Lekko zblazowani udajemy się na poszukiwanie hostelu. Należy nadmienić, że czasem przy tej prozaicznej czynności w Iranie czujemy się jak ślepcy...Mamy wprawdzie adres, ale i tak nie jest to proste gdyż niestety nazwy hoteli są w języku farsi, a my ciągle jesteśmy analfabetami. Ponadto Irańczycy chcą bardzo pomóc i nawet jeśli nie mają pojęcia gdzie jest dany hostel i tak wskażą jakiś kierunek. Ponadto pierwszy raz zdarzyło nam się, że widok rowerów spowodował odebranie nam klucza od pokoju (pracownik Hotelu Reza nie jest pasjonatem rowerów).
Troszkę niewyspani, udajemy się w końcu na rekonesans miasta. Bazar to miejsce nie tylko podziwiania towarów, ale tym razem to czas spotkania z ludźmi. Przypadkowo poznani panowie zaprosili nas na mecz piłki nożnej. Drodzy Rodacy,  musimy się przyznać do totalnej porażki sportowej jaka rozegrała się w Kerman. Ale walczyliśmy jak lwy, śmialiśmy się do rozpuku, jednak drużyna irańska wygrała bezkompromisowo...

Fajki wodne są bardzo powszechne w Iranie
Mega zaangażowanie bramkarza
Bardzo się staraliśmy, ale nasi gospodarze byli lepsi, może na rowerach byłoby lepiej.

Kadra międzynarodowa    
Na bazarze poznaliśmy również lokalnego przewodnika, który zaprosił nas do przepięknej herbaciarni Vakil. Herbaciarnie irańskie są napradę mega klimatyczne. Na rozległych łożach popija się pyszną herbatkę ze słodkimi łakociami. Bardzo kulturalny jegomość Hossein Vatani (polecany w Lonely Planet) chciał koniecznie zorganizować nam wycieczkę na pustynie, jednak szybko zdał sobie sprawę,  że ma do czynienia z nisko-budżetowcami i niezależnymi rowerzystami. Mimo to polecił nam pewne miejsca, które powinniśmy zobaczyć w okolicy.

Przesympatyczny Doktor Inżynier Hamed, barwna postać w Kerman.

W Kerman zwiedziliśmy również muzeum poświęcone wojnie irańsko- irackiej. Jak przez mgłę pamiętamy wzmianki w telewizji o tym wydarzeniu. Tutaj mogliśmy zobaczyć naprawdę bardzo ciekawą ekspozycję, dużo eksponatów (czołgi, armaty, łodzie) oraz dramatyczne zdjęcia ukazujące obraz wojny. Niestety napisy w języku angielskim są bardzo lakoniczne. 

Żółte postacie to Irańczycy, zielone- Irakijczycy.
Weszliśmy do okopów i w blasku latarki zobaczyliśmy kolejną bardzo ciekawą ekspozycję

Z Kerman ruszyliśmy w kierunku Kaluts i bez wątpienia był to jeden z najpiękniejszych odcinków w Iranie. Najpierw  40 km podjazdu na przełęcz (ok.2500 m n.p.m), następnie 2 km tunelu, a potem tylko w dół i w dół. Wiatr pod kaskiem, przeszywające zimno i łzy, które utrudniają widoczność. Należało bardzo uważać, gdyż przy zakrętach kierowcy mocno je ścinali, ale było super. 

Droga na przełęcz  
    
Z burczącymi brzuchami dojechaliśmy do Sirach, gdzie zapytaliśmy o restaurację. Już po chwili zostaliśmy zaproszeni przez lokalnego piekarza na noc do swojego domu. Po raz kolejny okazało się, że brak znajomości wspólnego języka nie jest przeszkodą do spędzenia bardzo miłego wieczoru. Zaraz przyniesiono nam też zamrożonego kurczaka ze sklepu -chwila konsternacji bo co z tym zrobić, ale gospodyni wzięła ptaszysko w swoje ręce i przyrządziła go pysznie. Zaraz zjawili się sąsiedzi, bliższa i dalsza rodzinna i w towarzystwie słownika obrazkowego i książki do nauki angielskiego w języku farsi, zaczęła się rozmowa np. jakie mamy pieczywo w Polsce oraz czy nosimy czadory w naszym kraju.

Z dzieciakami nawiązujemy szybki kontakt, bariera językowa jest bez znaczenia.

Nasza gospodyni Mariam ze swoją matką.

Droga z Sirach do Shahdad to niesamowite widoki. Formacje skalne, różnorakie kolory gór, przestrzeń tworzyły bajeczny krajobraz. Nie mogliśmy nasycić naszych oczu. 


     
W Shahdad udaliśmy się na poszukiwanie legendarnej wioski Liliputów. Troszkę mieliśmy inne wyobrażenie o tym miejscu, dlatego kluczyliśmy po bezdrożach pustynnych, zanim w końcu dodarliśmy do celu. Samo miejsce troszkę nas zawiodło, ale poszukiwanie było już w sobie przyjemne. 

Gdzie Ci Lilipuci...            
Halo, halo jest tu Ktoś?
Guliwer nadchodzi

W końcu znaleźliśmy ....

A potem hotel pod gwiazdami, zapach ogniska i w końcu mięciutki piasek pod stopami. 

Ogień to tajemnicza moc

W końcu prawdziwa pustynia

Kolejne kilometry to krajobraz pustynny. Pustynia z pewnością nie jest monotonna, różne struktury piasku zmieniają się z każdym kilometrem. Nagle widzimy białą pokrywę na ziemi. Chwila ekscytacji , że to może śnieg, ale rozum podpowiadał zupełnie coś innego , a kubki smakowe tylko to potwierdzają – to sól. Naszym celem była Kaluts, w której znajdują się zamki z piasku. Znowu rozbieżność oczekiwań, gdyż niektórzy z nas mieli wyobrażenia  standardowego zamku, a tu natura jest panem i budowniczym. Ciekawe formacje skalne wyglądały jak zamki, rzeźby, a wielość i kształt zachwycał. Każdy z nas mógł mieć tutaj swój zamek.  Niektórzy nie dawali za wygraną. Zatrzymaliśmy na omal pustej drodze samochód, by spytać gdzie jest ten zamek. W samochodzie było pięciu wojskowych, którzy nie mówili po angielsku. Narysowaliśmy zamek na piasku, który wzbudził totalne obopólne rozbawienie. Oni nie zrozumieli czego chcemy,  my pogodziliśmy się z rzeczywistością. Z małym niedosytem pojechaliśmy na kawę do jednego z zamków. 


Czas w końcu na sjestę      

Zapraszamy na zamczysko

Strażnik rowerów

Droga powrotna była łatwiejsza, wiatr popychał nas do przodu, ale wieczór zbliżał się nie ubłagalnie. Zaczęliśmy się zastanawiać co robić, gdyż do Shahdad pozostało nam 30 km. I nagle zjawili się nasi wcześniej poznani wojskowi i podrzucili nas na pace do miasta. W Shahdad udaliśmy się do restauracji , w której dzień wcześniej jedliśmy obiad. Właściciel bez problemu pozwolił rozbić namiot na ogrodzie. Rano zażyczył sobie nieproporcjonalną stawkę za noc. Zapłaciliśmy większą część pieniędzy, ale toalety i brama wjazdowa nadal pozostawały zamknięte. W końcu powołaliśmy się na przewodnika, który często odwiedza tamte okolice i zostaliśmy uwolnieni. Byliśmy zdegustowani. 
Powrotna ta sama droga nie napawała optymizmem i postanowiliśmy, że złapiemy stopa. Chodziło również o czas. I tak wróciliśmy do Kerman, a potem znowu nocny autobus tym razem do Bandar abbas na południe Iranu. Chcieliśmy złapać jak najwięcej promieni słonecznych przed Nepalem i Święta Bożego Narodzenia spędzić na wyspie Qeshm.  

2 komentarze:

  1. Piękne zdjęcia,te Postacie które fotografujecie same mówią z Kim mamy do czynienia.Dzieciaki na zdjęciu-rewelacja.
    Rozumiem że jak nie ma Zgaduli to szykuje się znów MEGA krzyżówka.Pewnie mnie ominie /jak będziemy na weselu/. Buziaki

    OdpowiedzUsuń
  2. Jak cudnie.. te miejsca, ludzie, niepowtarzalne klimaty, ach... powzdycham sobie troszkę- patyk

    OdpowiedzUsuń